Boże Narodzenie nazywano na Śląsku bardzo różnie: Gody, Godne Święta, Święte Wieczory, Szczodre Wieczory, Dwunastnica; wigilia rozpoczynała to najważniejsze w całym roku święto. Szczególny wigilijny obowiązek spoczywał niegdyś na dzieciach: cały dzień należało zachować wyjątkową grzeczność, bo - jak mówi przysłowie - "Kto oberwie w wigilię, ten będzie bity cały rok". W Wigilię należało wcześnie wstać, nie należało jednak budzić innych domowników, bo w tym dniu każdy powinien obudzić się sam. Wigilijny zwyczaj nakazywał też, aby dzień ten od samego rana spędzać pogodnie, pracowicie i uczciwie. Dzień ten był także doskonały na podejmowanie różnych szlachetnych zobowiązań - podobno wigilijnych deklaracji łatwiej było dotrzymać.

Wigilijnych przesądów było zresztą sporo: w niektórych rejonach obowiązywał zakaz wywieszania bielizny, rąbania drewna, wbijania gwoździ i nakaz przynajmniej jednego kichnięcia (by nie sprowadzić nieoczekiwanej śmierci) oraz zakaz pożyczania czegokolwiek (by nie wynosić szczęścia z domu). Obowiązkowo należało także skosztować każdej przygotowanej do wieczerzy potrawy aby uniknąć głodu przez cały rok. Nieszczęście mogło sprowadzić także odchodzenie od posiłku, upuszczenie sztućców - zwłaszcza noża, który wbiłby się w podłogę. Wieczorny posiłek był najważniejszym momentem całego dnia, dla podkreślenia jego powagi niegdyś do kolacji utrzymywano ścisły post; zwyczaj ten obowiązuje w wielu rodzinach do dziś, choć Kościół jedynie zachęca do takiego zachowania nie wprowadzając postu obowiązkowego.

Jerzy Pośpiech w opracowaniu"Zwyczaje i obrzędy doroczne na Śląsku" wspomina o bardzo rozpowszechnionym zwyczaju przygotowywania szopek. Śląska szopka w odróżnieniu od bogatej, krakowskiej była skromna i ograniczała się do wyobrażenia pasterskiej szopy z podstawowymi postaciami. W okolicach wigilijnego stołu od XVIII wieku obecna była też choinka - strojenie drzewka, które przyszło na ziemie polskie z Niemiec znane było w górnośląskich rodzinach niemal sto lat wcześniej niż w pozostałych częściach kraju.

Na wsi w czasie gdy gospodynie przygotowywały wieczerze wigilijną gospodarze porządkowali obejście i przygotowywali jedzenie na dla zwierząt na okres świąteczny. Stół nakrywano lśniąco białym, idealnie wyprasowanym obrusem, pod którym rozpościerano siano. Między siano gospodyni wkładała wysuszone rybie łuski dla każdego domownika. Po wieczerzy łuski wkładano do sakiewek, co miało gwarantować pełny trzos przez cały rok. Na stole stawiono krzyż, lichtarze ze świecami (wcześniej lampy naftowe) i gałązki jedliny; centralne miejsce stołu wigilijnego zajmował mały, specjalnie pieczony na tę okazję, okrągły bochenek chleba, który symbolizował dobrobyt. W rodzinach górniczych dodatkowo stawiano na stole lampę górniczą. Od chleba - zaraz po modlitwie lub odczytaniu fragmentu Biblii o narodzeniu Chrystusa - zaczynano wieczerzę wigilijną. Najstarszy mężczyzna w rodzinie odkrawał piętkę "godni krajiczek", który przechowywano cały rok. "Godnemu kraiczkowi" przypisywano magiczną moc - między innymi miał on usuwać wszelkie boleści. Dziś zwyczaj ten wyparty został przez dzielenie się opłatkiem: na całym Górnym Śląsku powszechny był obyczaj dzielenia się chlebem czy opłatkiem także z gospodarskimi zwierzętami.

W niektórych rejonach Śląska miejsce chleba na wigilijnym stole z czasem zajęła duża strucla z makiem. Nieopodal niej na talerzu leżały orzechy i jabłka a w miseczce kasza jaglana. Dokoła stołu układano w równej odległości naczynia, dawniej gliniane lub drewniane, później fajansowe lub porcelanowe. Przy każdym komplecie naczyń układano sztućce odpowiednie od wszystkich potraw. Na stole oprócz talerzy dla domowników stawiono talerze dla zmarłych oraz talerz dla nieobecnego, który nie mógł przyjść i prosić o gościnę. Uważano, że w tym radosnym dniu nikt nie powinien być smutny i samotny. Nieopodal kompletu naczyń przeznaczonego dla gospodarza kładziono opłatki ułożone na talerzyku lub białej serwetce. Opłatkiem, po zmówieniu modlitwy gospodarz dzielił się z domownikami na początku kolacji wigilijnej.

W dawnych czasach wieczerzę wigilijną jadano z jednej misy "aby zawsze być w kupie", co miało wzmacniać poczucie wspólnoty i wzajemnej miłości. W niektórych rodzinach do dziś je się z jednej misy makówki. Nad stołem wieszano szczytem w dół połaźnicę (czubek ściętego drzewa iglastego) ozdobioną czerwonymi jabłkami, drobnymi piernikami, orzechami. Od późnych lat trzydziestych XX wieku połaźnicę zaczęła w śląskich domach zastępować choinka. Na wsi na dobre choinka przyjęła się dopiero po 2 wojnie światowej. Choinka jeszcze w okresie międzywojennym zwalczana była, zwłaszcza przez Kościół, jako symbol świecki i nawiązujący do rytuałów pogańskich. W każdym śląskim domu obowiązkowo ustawiana była stajenka, która wykonywano własnym staraniem bądź zamawiano u stolarza. Obowiązkowo w dawnych czasach pod stołem wigilijnym musiało znaleźć się coś z żelaza. W rodzinach górniczych zazwyczaj był to młot lub górnicza siekiera, na wsi lemiesz pługa. Wierzono, że magia mocy i siły żelaza przepłynie na biesiadników.

Gdy na niebie pokazała się pierwsza gwiazda (nawiązanie do symbolu prowadzącego trzech monarchów do stajenki) odświętnie ubrani domownicy zasiadali do stołu zgodnie z przydzielonymi im przez głowę rodziny miejscami, a gospodyni zaczynała wnosić wigilijne potrawy. Jeśli warunki atmosferyczne uniemożliwiały zobaczenie gwiazdy zwyczajowo siadano do kolacji około godziny 18. Wigilia składała się zawsze z parzystej liczby dań.




Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie takich plików